Zawał z rana jak śmietana czyli ‚Co by było gdybym nie była gruba?

Puzzle.

Składasz i nie pytasz, czemu na obrazie jest namalowany kalafior. Białe warzywo na ciemnym tle. Elementy lśnią pod palcami. Te mają obwódkę, te są prawie czarne, te lśnią bielą warzywa.

Wszystkie, dokładnie wszystkie, składają się na obraz. Kiedy wyrzucić jeden element – to wtedy nie będzie już całości. Warzywo na zawsze będzie miało ziejącą dziurę.

Takim puzzelkiem we mnie jest jedzenie. Lubię jeść. Może gdybym nie jadła z taką pasją, to zabrakło by jej w rysowaniu, pisaniu, życiu?

Nie chcę sobie wycinać części odpowiedzialnej za przyjemność z jedzenia. Może wtedy seks przestałby być taki pełen pasji? Może rysowanie nie byłoby dla mnie tak przyjemne? Może obrazek, który jest powyżej nigdy by nie powstał?

„Trzeba polubić siebie i być sobą, żeby umieć polubić kogoś innego”

Ale jak to zrobić? Co to znaczy być sobą?

Ja nie mówię, że fajnie jest być otyłym, że cukrzyca to cud miód orzeszki, a zawał z rana jak śmietana ( koniecznie 32%!).

Chudzi też umierają. Chudzi też się uzależniają. Oni też składają te same puzzle, co grubi.

Jeżeli chcemy być sobą i, na dodatek, lubić siebie, to trzeba spojrzeć w lustro. I powiedzieć sobie:

„Nie wyglądam grubo w tej kiecce. Jestem gruba. Jestem też mądra, słodka, oczytana, wrażliwa, mam piękny uśmiech. I to wszystko razem DZIAŁA. Jeżeli będę szczupła, to też będzie działać.”

Trzeba pamiętać o tym „też”. Nie nienawidzić siebie i próbować się zmienić na siłę, albo dla kogoś. Sztuką jest dać sobie zgodę na bycie sobą. Dać innym zgodę na bycie sobą. Zaufać sobie i uwierzyć w samoregulację.

Mąż robi coś, czego nienawidzisz? Za szybko jeździ autem, lubi wypić piwko, nie czyta poezji, nie obsypuje cię komplementami od rana? Teraz pomyśl o tym, jaki jest gospodarny, jaki ambitny, czuły, ciepły, że spełnia marzenia, że ma jakieś hobby. I zdaj sobie sprawę, że jedno nie działa bez drugiego. Tak samo jest z dziećmi. Jeżeli jarasz się, kiedy twoje dziecko jest słodkie, mądre, spontaniczne, to zaakceptuj to, że czasem powie lub zrobi coś, co ci nie będzie pasować.

Jeżeli wykonasz dużą pracę, jeżeli będziesz płakać, błagać, wrzeszczeć, szarpać to uda ci się to zmienić, wiesz? Mąż przestanie wychodzić, przestanie grać, ale zniknie też coś jeszcze, czego się spodziewasz. Dziecko zacznie się starać, ale nie dla siebie, tylko dla ciebie. Nauczy się, że bez pochwały nie warto nic robić. Przez całe życie będzie szukać motywacji.

To twój dom. Twoje ciało. Jedyna rzecz, jaką masz, tak naprawdę, na zawsze. Możesz albo się w nim szarpać, kłaść mu bucior na kark, zmieniać zgodnie z obowiązującymi modami albo czyimś kaprysem, albo po prostu w nim mieszkać. Ze świadomością, że nie da się spalić tylko części pokojów. Jak podłożysz ogień, to spłonie całość. To chyba wtedy wpada się w depresję.

Pieprzę te wszystkie mądrości, mam gdzieś bycie jakąś. Wierzę w synergie moich cech. To kurewsko fajne spojrzeć na swojego chłopa i myśleć, że jest wspaniały taki jaki jest. Cudownie jest spojrzeć w lustro i czuć się w porządku. Nie być na chwilowym haju super-samoakceptacji, tylko czuć taki letni samozachwyt.

Tak to jest z psychoterapią. Chcesz, by psycholog coś z tobą zrobił, masz dość pustki, niby nic się dzieje, a nagle zaczynasz wiedzieć kim jesteś i uśmiechać się do lustra.

Gdyby nie zdarzyło mi się być grubą przez jakiś czas, gdybym nie poszła tą ścieżyną, nie nauczyłabym się przy okazji tej podróży wielu fajnych rzeczy.

Jako ikona wpisu szkic ze zdjęcia. Nie ma wielkiego znaczenia dla treści samego wpisu, ale jest fajny, prawda? 🙂 

A wy walczycie ze sobą? Próbujecie czasem złożyć broń i robić tylko to, na co macie naprawdę ochotę? Potraficie w ogóle stwierdzić, na co macie ochotę, a do czego pcha was motywacja zewnętrzna, reklamy, chęć przypodobania się komuś, wyuczone zachowania, nałogi? Jak wam się mieszka w swoich ciałach?

 

Uczłowieczanie przez pływanie

            Unoszę się. Woda kołysze ciałem w bezrytm okrzyków żurawi. Nagryzłem się pszczół, teraz czas ululać skorupę do snu. Plum, plum. Przez siedem lat życia rzucałem ponad tysiąc różnych cieni na dno jeziora. Zakochiwałem się w mglistym kształcie, który zakrywał życiodajne słońce, wnikałem w niego przez strzępy tkanek. Szarogęsiłem się w nowym ciele, dotykałem cieniutkiej skóry za uchem, gładziłem włosy, ramiona, uda. Zatapiałem zęby w słodkiej, łaskoczącej skórze, by poczuć na ustach smak krwi, używek, popiołu i drżenia. Ból odpędzał samotność. Wyzwalał z nieznośnej pewności jutra. Wypluwałem do wody kolor. Wpatrywałem się w spływającą powoli stróżkę śliny ze strzępami skóry. Zabarwiała moją przestrzeń na czerwono. Słońce stawało się przyjemnie pomarańczowe.

            Zdobyte ciało przez ułamek chwili lub na długie godziny przestawało być błahe. Już nie jadło brzoskwiń na kraciastym ręczniku. Nie przesypywało brudnego piasku, unikając wzroku innych. Nie kazało być cicho, nie dawało rad, nie rozwiązywało cudzych krzyżówek. To ciało tymczasowo ożywało. Pusta skorupa stawała w pełnym blasku i napełniała się mną. Życiodajnym chłodem. Nagle, odseparowane od wszelkich myśli, zaczynało brać za pewnik jedynie wrażenia. Chęci i popędy.

            Pytałem ich, czy chcą wracać do siebie. Do kocyka, bezpiecznie rozwartych ud, codziennych budzików, brzoskwiń i zimnej pościeli. Przez siedem lat żadne z ciał nie chciało wracać do dawnego marnotrawstwa. Nie chciało być używane wbrew biologii, wbrew sobie. Zgodnie z wymyślonymi przez innych powinnościami. Ciała nie chcą być nakłuwane, napełniane papką z tłuszczu i odpadów. Ciało od poczęcia lubi wodę. Od zawsze chciało leżeć w wodzie. Czuć zapach. Jakikolwiek, byle prawdziwy. Czuć dotyk. Choćby swój własny, nieskrępowany, czuły i nieustępliwy.

            Te biedne, zaniedbane przez właścicieli ciała błagały mnie o wolność. I to im właśnie dawałem, panie prokuratorze. Ja im to dawałem.

Grupa Pisania Kreatywnego

Kompulsywne jedzenie – weź coś ze mną zrób!

Kiedy ludziom jest tak bardzo źle, tragicznie, to często mówią, że czują pustkę. Próbuję, o ironio, podgryzać to całe kompulsywne jedzenie, które wiem, że wiąże się z tą pustką.

Powoli wszystkie puzzle układają się w jedną całość. Bardzo powoli. I czasem jeden puzzel pasował, ale później okazuje się, że wcale nie.

Spokój. Czy potrzebny jest mi spokój? I co jest spokojem? Czy spokojem jest wieczór przed telewizorem? Czy spokojem jest wieczór w knajpie? Jaki spokój jest mi potrzebny?

Zadaję sobie wiele pytań, które przyszły po etapie „tylko czucia”.

Skąd wiedzieć, kiedy czuję głód, a kiedy to tylko… nuda?

No właśnie! Kluczem do wszystkiego jest nuda. I to nie taka przyjemna, tylko denna. Bo nudno to ma być w domu, kiedy po ciężkim dniu chcę odpocząć, nie chcę z nikim musieć walczyć, nie chcę się siłować, tylko chcę porozmawiać i przytulić się spokojnie. Ale żeby ten spokój docenić, muszę mieć ten ciężki dzień. I nie chodzi o to, by był strasznie trudny, o nie. Może być pełen przyjemnych rzeczy. Ale niech się coś dzieje!

Niech przyjdą goście, niech pogadają, pośmieją się, opowiedzą coś ciekawego. Niech będzie jakieś kino, teatr, koncert, wypad do restauracji, nad morze. Muszę sobie tak zrobić, żeby mi się coś działo.

Bo inaczej zjem cały wolny czas.

I to jest kłódką, do której potrzebuję kluczyka.

Pani psycholog zapytała mnie, co poradziłabym przyjaciółce, gdyby miała taki problem z jedzeniem, jak ja. Potrzebowałam czasu do namysłu, nie umiałam odpowiedzieć od tak. Jedyne co mi przyszło do głowy, to by się czymś zajęła. Moje serce już wiedziało to, co rozum wie teraz.

Zająć się czymś. Znaleźć w sobie siłę, ale nie, by rezygnować z jedzenia, tylko by znaleźć wartość w innych rzeczach. I nie chodzi o motywację do odchudzania, do rezygnacji z żarcia. Mogę nie jeść cały dzień, gdy jestem zajęta czymś ciekawym, i jeszcze jestem wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie.

Kłódka, kłódunia, kłódeczka.

Gdzie jesteś kluczyku? Wiem już czym jest kłódka. Dowiem się, gdzie się podział kluczyk. Czy ktoś mi go wytrącił z ręki? Kiedy go ostatni raz widziałam? Póki żyję – szukam.

A na wadze sześć kilo mniej. Trochę się nabiegałam przy tym szukaniu. Jeżeli nawet nie znajdę, to przynajmniej mam jakiś bonus po drodze.

Jako ikona wpisu mój obrazek, narysowany wg tutoriala z youtube.  Rysowanie w toku.  

Kiepska wóda dopaminy upija tanią emocją.

Przedświąteczna reklama allegro, w której dziadek uczy się angielskiego, by pogadać z wnuczkiem mnie wzruszyła. Choć wcale nie chciałam, choć wiedziałam co się stanie, chociaż wcale nie była bardzo odkrywcza ani wyjątkowa. Oglądaliście ją?

 

Cudnie! Jak najbardziej jestem za tym wszystkim – za nauką języków obcych, a właściwie w ogóle za nauką w każdym wieku. Za podróżowaniem. Za aktywnym udziałem we własnym życiu. Rozumiem tą reklamę. Myślę, że nie trzeba jej nikomu tłumaczyć.

Kiedy zadam sobie pytanie: Jak powstaje taka reklama? Chciałabym zobaczyć burzę mózgów, może jakąś kłótnię o scenę w wannie.

Zamiast tego widzę ludzi podłączonych do maszyn z których zbierane są dane, ludzi u których sprawdza się, która część mózgu zostaje pobudzona podczas takich a nie innych bodźców. I jak podkręcić to bardziej, ale nie za bardzo. Jaki kolor czepka ma mieć na sobie dziadek? Czemu dziadek, nie babcia? Do kogo adresowana jest reklama? Do kobiet! Więc niech będzie dziadek. I tak dalej, i tak dalej…

Wiem, nie powinno mnie to dziwić. I nie dziwi. Ale przeraża mnie ewentualny ciąg dalszy i to, co z takich ogromnych, łatwo dostępnych ładunków emocjonalnych wynika dalej.

Bo każdy z nas ma dziadka albo prababcię, którzy przetrwali obóz koncentracyjny. Którzy widzieli rzeczy, których nikt nie powinien nigdy oglądać. Których, jak czasem mówimy ze śmiechem, się nie odzobaczy. Które są już zawsze pod powiekami, gdy czajnik zadzwoni, gdy huknie fajerwerk, gdy wilczur sąsiadów obszczeka podczas wynoszenia śmieci.

Każdy z nas ma ojca albo matkę, którzy stawali na rzęsach. Którzy szli z jednej pracy do drugiej, lub spędzali najlepsze lata życia na nadgodzinach lub studiach podyplomowych. Którzy  stracili coś, czego nigdy nie odzyskają. Jednocześnie dali nam modny szalik na zimę, mandarynki na święta, pierwszy komputer, pieniądze za akademik, za książki, za piwo i za czas na złamane serce lub życie. Dzięki nim mieliśmy czas by się wreszcie posklejać, by znaleźć pracę i ją stracić.  Mimo, że mówili w tym samym języku, to jednak w zupełnie innym, więc nie mieliśmy szans się usłyszeć, to jednak byli, tak jak umieli.

Nigdy nie płakałam, gdy tata w Wigilię mówił: „Słuchajcie, kochani, muszę iść do pracy, bo coś padło i muszę tam być”.  Nie mówiłam „Tato, jesteś dzielny”. Co mówiła moja mama to możecie sobie wyobrazić. Mówiła to samo co każda kobieta zostawiona w taką noc z trójką dzieci. Tonąca sama w tradycyjnym barszczu, zagryzająca wstydliwie pasztecika, bo śmiała wymarzyć sobie rodzinną Wigilię.

Takie emocje dają nam reklamy i poruszające filmiki. Takie emocje dają nam filmy pornograficzne. Takie bodźce na stałe zmieniają ścieżki w naszym mózgu. Szybko-łatwo-przyjemnie i za darmo. I już jest lepiej na świecie, jest chwila relaksu, chwila na wciśnięcie mute w duszy, upicie się tanią emocją. Upijamy się nią, bo jesteśmy wrażliwi, bo potrzebujemy bodźców, a palenie jest już niemodne. Myśleliście, że palenie zniknie i nic go nie zastąpi? Że ludzkość nie uzależni się od czegoś innego?

Darmowe emocje, uzależniające, mocne seriale, coraz mocniejsze filmy pornograficzne, kolorowe żarcie. Jak wszyscy uzależnieni – będziemy potrzebowali więcej i więcej. Więcej lików, więcej kliknięć, więcej odsłon, więcej pobudzającego kontentu.

To była nasza darmowa dawka narkotyku. Powoli zaczyna wchodzić cennik, też to widzicie?

 

 

 

Szkiełko i oko w macicy. Ciąża po pięćdziesiątce to także część życia.

Na stronie głównej onetu rzucił mi się w oczy tytuł „Do jakiego wieku można zajść w ciążę?”. Specjaliści od klikalności dobrze odwalili swoją robotę, bo jako krasnoludka na levelu 31 zaczynam się cykać, że… no sami wiecie, jakby to czy zajdę czy nie zajdę w ciążę miało mnie w jakiś sposób określać. Biologia, panie, co poradzisz?

Nie mniej jednak kliknęłam i wpadłam w wir dziwnego, demagogicznego tekstu okraszonego zdjęciami beztwarzych ciężarnych (może twarze pięćdziesięciolatek nie są zbyt klikalne?)

Tekst oczywiście jest pisany dla trzydziestek i dwudziestek. Uwaga, uwaga, w 2013 roku w Polsce 50 latki urodziły ile dzieci? Pół tysiąca? Sto? Pięćdziesięcioro? Nie! Siedmioro. Tyle ile było gumisiów.

Oczywistym jest dla mnie, że organizm ludzki zmienia się z czasem. Ale czy rzeczywiście ktokolwiek ma prawo odbierać kobiecie prawo do posiadania potomstwa w jakimkolwiek wieku zarzucając jej egoizm?

Ginekolog po podaniu garści odstraszających statystyk, na których się nie znam, bo nie jestem lekarzem,  rzuca spokojnie: „Prowadziłem już wiele późnych ciąż i choć wymagały na pewno wykonania dodatkowych badań prenatalnych, większość przebiegła bez powikłań. Ciąża dojrzałej kobiety nie musi być automatycznie ciążą wysokiego ryzyka.”

To jak to w końcu jest? Nie wiadomo, i z artykułu się tego nie dowiemy.

Zaczęło mi się podnosić ciśnienie… Czemu, do cholery, ktoś znów kobietom wciska szkiełko i oko w macice?  I bardzo łatwo moje zdziwienie da się wyjaśnić… Właście po to powstał ten artykuł, bym się wkurwiła. Wkurwienie to kliki, komentarze, szum.

Jak łatwo wkurzyć, nas, dziewczynki do bicia. Wystarczy wytrzeć twarz czymś dla nas ważkim.

Nerwy w kolejkach…

Nerwy w kolejkach i jak sobie z nimi radzić.

Jakiś czas temu z Mariuszem mieliśmy wychodne (ach, dziadkowie!). Chodzimy sobie po Rossmannie, wygłupiamy się, a w sklepie pojawia się przystojny, elegancki tata z córką około pięć lat. I zaczyna się kanonada „nie biegaj” „jak będziesz taka to cię tu zostawię”. Pan ubrany ze smakiem, widać po nim pieniądz, krzyczał na tą córkę bardziej z zawstydzenia, bo chyba chciałby, żeby była z niej taka rosyjska baletnica, a nie z agresją czy złością. Stoimy razem w kolejce. Dziewczynka zaczyna śpiewać kolędę. Pan ją ucisza. Na co ja i mąż jednocześnie zaczynamy śpiewać z dziewczynką. Pan wybucha serdecznym śmiechem i wypada mu kijek spod fraka 🙂 Kurtyna. Mała pierdoła, trzydzieści sekund, może minuta, a wiecie jak się przyjemnie zrobiło?
Raz: Wiecie, że nie musimy stać w kolejkach? Po prostu będzie kilo karpia mniej na stole, a ciotka Józefina nie dostanie mydełka o zapachu bawełny i topinamburu.
Dwa: Przepuszczacie w kolejkach ludzi, którzy mają niewiele zakupów? To fajny gest 🙂
Wesołych Świąt ludzie, jakiekolwiek obchodzicie i wielu kolęd zaśpiewanych w kolejkach!

Moja choinka stała na zewnątrz cały rok i przetrwała. Cieszę się, że jest ekologicznie i bez wielkiej krzywdy. Zawsze bolało mnie wycinanie drzew i wyrzucanie ich potem na śmietnik, dlatego cieszę się, że choinka żyje i spędzi z nami kolejne święta.

Pasja życiowa – nieistniejące ogniwo rewelacji.

Przeczytałam właśnie tekst Dominiki na jej blogu i chciałam się podzielić swoim sposobem na przechowywanie ciasteczek.

Dla mnie ciasteczka są bardzo ważne. Różne ciasteczka lubię. I te z kremem, i z cukrem. Owocowe babeczki, w czekoladzie, pierniki, herbatniki, beziki, eklery, ptysie. Nic nie jest mi obce. Ale wszystko po jakimś czasie się nudzi.

I jak teraz postanowić sobie, że do końca życia będę jadła te same ciastka z tego samego słoika? I jak wierzyć, że to jest to, tylko te ciastka i żadne inne, do końca życia i na pewno będę szczęśliwa?

Dla mnie to najlepszy sposób, by te ciastka znienawidzić.

Jak wymagać od siebie, żeby te same rzeczy uszczęśliwiały dwudziestoletnią mnie i trzydziestoletnią? Po co w ogóle szukać czegoś, co ma mnie określić, włożyć w ciasny gorset i skrępować ruchy? Czy MUSIMY być w czymś świetni, by mieć z życia satysfakcje?

Mi wystarczy bycie sobą. Jestem dobra w byciu mamą. Jestem dobra w pisaniu bloga. Jestem dobra w swojej pracy. Umiem trochę rysować. Miałam jakieś propozycje zakupu obrazów. Może za rok będę malować za pieniądze? Może wydam książkę? Może będę gotować we własnej restauracji? Albo w cudzej? Albo będę pracować na kasie w Tesco?

Każda z tych rzeczy jest potencjalnie interesująca. Każda z nich może się przydarzyć. Każda z nich będzie etapem w życiu. Wiele znaczącym, ubogacającym i ważnym.

Wiem, że rzeczy, które lubię, jak podróżowanie, pisanie, gotowanie, programowanie  – towarzyszą mi w różnych etapach życia, ale nie warunkuję nimi szczęścia.

Co, gdyby ciasteczka wybranego rodzaju się skończyły? Nie ma ich i nigdy nie będzie. Co, jeżeli nigdy nie wydasz książki? Nigdy nikt nie kupi twojego obrazu? Okażesz się za słaby na medycynę? Nie będziesz mieć dzieci? Nie spotkasz księcia z bajki?

Co, jeżeli ciasteczka nigdy nie było? Co wtedy? A gdy ciasteczko cię zdradzi? Dlaczego musisz wchodzić na sam szczyt, żeby sądzić, że coś osiągnąłeś? Czemu nie wystarczy ci pisać od czasu do czasu, trochę popracować, trochę pospacerować i pomyśleć? Po co? Co w tobie wciąga cię w ten wyścig? Ten wyścig jest nie do wygrania. Z każdym twoim krokiem meta oddala się o dwa kolejne. I to poczucie zdrady. Przecież to mnie miało uszczęśliwić! Tyle pracy w to włożyłam, tyle wysiłku, tyle poświęcenia, a nikt mi nie mówi, jaka jestem świetna, tylko jeszcze mi mówią, że jestem nudna i, że nikt się o to moje poświęcenie nie prosił.

Teraz lubię te ciastka, ale jakie będę lubiła za dwa lata? Nie wiem. Może dzisiejsze ciastka będą już dla mnie niejadalne? „Jak ja mogłam coś takiego żreć?” będę się zastanawiać. Uśmiecham się do przyszłej siebie i mówię: „Jakie to dobre!”.

A wy, jakie ciastka lubicie? Macie życiową pasję, która prowadzi was przez życie?